|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Adres e-mail: ren-ya@gazeta.pl
Ciekawe strony
Do poczytania
Inspirują mnie
|
piątek, 20 stycznia 2012
Jestem odmieńcem :p
Nie podobało mi się Lśnienie Kubricka, nie przebrnęłam przez "Mistrza i Małgorzatę" Bułhakowa, a teraz nie przypadła mi do gustu powszechnie chwalona Gra o tron.
Cały sezon - dziesięć odcinków - obejrzałam tylko dlatego, że podczas oglądania dziergałam. Gdyby nie robótki, to prawdopodobnie nie dotrwałabym nawet do połowy. Jak na gatunek fantasy, to elementów fantasy jest jest tu tyle, co kot napłakał. Występowały co prawda smocze jaja, ale same smoki podobno dawno wyginęły, wilkory przypominają zwykłe wilki, albo nawet psy husky, a gdzieś na północy grasują dziwa, w horrorach znane jako zombie. Ale nawet te nieliczne fantastyczne motywy utopione są w bezmiarze politycznych machinacji. Sympatii nie budzą również bohaterowie - trudno im ufać, bo każdy rozgrywa jakąś swoją intrygę i generalnie nie wiadomo w co oni tak naprawdę grają i komu sprzyjają. Znajomi lojalnie uprzedzali mnie, żebym nie przywiązywała się do bohaterów, bo większość z nich wcześniej czy później ginie. Ostrzeżenia te okazały się jednak zupełnie niepotrzebne - skoro ich nie polubiłam, to nie mogłam przecież przejmować się ich śmiercią, prawda? Zresztą i tak przesadzili, wcale ich tak dużo nie zginęło i do drugiego sezonu przejdzie całkiem spora ekipa. Jak dla mnie zresztą, to znacząca była tylko jedna śmierć... pod sam koniec serialu. Wszystko razem sprawia wrażenie, jakby scenarzyści największe współczesne chamstwo i demoralizację umieścili po prostu w średniowiecznej scenerii i ustroju polityczno-społecznym, "uatrakcyjniając" obraz wulgarnym, a momentami nawet zdegenerowanym, erotyzmem. Wszelkie relacje międzyludzkie mają w sobie coś plugawego i niestosownego... Sama już nie wiem, czy to celowy zabieg mający wzbudzić zainteresowanie i uwagę widzów (bo nic się tak dobrze nie sprzedaje, jak seks), czy scenarzyści (wśród których jest również autor książkowego pierwowzoru) po prostu wymyślili sobie taki ohydny alternatywny świat. Ja w każdym razie nie chciałabym mieszkać w takim świecie.
niedziela, 15 stycznia 2012
Ostatnia krucjata
Zanim sięgnęłam po trzecią część trylogii Zofii Kossak ("Bez oręża") przeczytałam sobie w internecie opis. Dowiedziałam się z niego, że lektura opowiada o wyprawie krzyżowej dzieci, które jedynie swoją czystą wiarą i miłością do Chrystusa miały oswobodzić Grób Święty z rąk muzułmanów. Pomyślałam sobie wówczas, że to już szczyt naiwności i ciemnoty średniowiecznych władców, żeby dzieci wykorzystywać do takich celów! Jednocześnie ciekawa byłam, w jaki też sposób udało im się przekonać społeczeństwo do takiej akcji? W trakcie czytania okazało się jednak, że książka wcale nie opowiada o tym, czego się spodziewałam (tzn. opowiada, ale w zupełnie inny sposób, niż się spodziewałam), zaś sam tytuł w niewielkim tylko stopniu odnosi się do krucjaty dziecięcej.
Powieść "Bez Oręża" ma dwóch głównych bohaterów. Pierwszym jest Jan de Brienne, którego poznajemy w chwili, gdy wyznaczony został przez króla Francji do objęcia tronu Królestwa Jerozolimskiego. W tym celu Jan - rycerz o znakomitej reputacji i słusznym wieku, który resztę swego życia chciał spędzić według własnych planów - musi zostawić swoją ukochaną (mężatkę) i udać się do Ziemi Świętej, gdzie ma poślubić młodziutką królewnę jerozolimską - Marię (córkę Izabeli, siostrzenicę Sybilli). W tych okolicznościach korona nie jest wcale dla Jana błogosławionym zaszczytem, a wprost przeciwnie. Na kartach powieści bohater wciąż zmaga się ze sobą, miota pomiędzy posłuszeństwem wobec swojego króla, obowiązkami i powinnościami wynikającymi ze swojej pozycji, a chęcią życia tylko dla siebie, realizowania własnych pragnień i namiętności. I muszę przyznać, że zmagania te są niezwykle ciekawie opisane. (A może tylko mnie się takie ciekawe wydają, bo mnie również zdarzało się przeżywać podobne rozterki?)... Czy można dążyć do własnego szczęścia kosztem innych ludzi? Czy potrzeba bycia szczęśliwym może być usprawiedliwieniem dla zaniedbań i obojętności wobec innych ludzi, i dziedzin naszego życia? Czy miłość ważniejsza jest od honoru, odpowiedzialności i powinności? Czy w niej leży odpowiedź i uzasadnienie wszystkiego? Życie jest takie krótkie, takie ulotne... czy nie powinno do nas samych jedynie należeć? Dlaczego mamy swoje szczęście poświęcać w imię innych wartości? Kto powiedział, że one ważniejsze? Snując tego rodzaju rozważania, jakże zniewolony wydaje się sam sobie Jan de Brienne - król... Drugim bohaterem jest Franciszek - Biedaczyna z Asyżu. Jest nikim i niczego nie ma. Rozterek również. Dla niego życie jest piękne i nieskomplikowane. I tylko dwie są tego przyczyny - ufność w bożą mądrość i opiekę oraz ubóstwo. Wiara w wielkość, dobroć i miłosierdzie boże sprawia, że Franciszek wszędzie czuje się dobrze i bezpiecznie, a choćby i krzywda miała mu się stać, to przecież z woli Boga, którą przyjąć należy z pokorą i radością. Brak posiadania zaś sprawia, że człowiek jest naprawdę wolny - nieprzywiązany do żadnego domu, a więc i miejsca na Ziemi, wolny od strachu przed utratą swoich dóbr, wolny od nieufności wobec innych ludzi.... itd. Losy tych dwóch bohaterów nie jeden raz przetną się na kartach powieści. Jeden - w imię Chrystusa walczący mieczem i drugi - wierzący, że świat i ludzi odmienić można dobrym słowem i przykładem swojego życia. I to właśnie ta druga postawa znalazła swój wyraz w tytule powieści Zofii Kossak. Filozofia Franciszka opierała się na dosłownym rozumieniu Ewangelii, a więc z jednej strony była bardzo naiwna, z drugiej zaś logiczna (pomijając parę drobiazgów), konsekwentna i naprawdę trudno było odmówić jej słuszności. Proste wyjaśnienia najbardziej skomplikowanych życiowych i moralnych problemów sprawiały, że Biedaczyny z Asyżu z równym zainteresowaniem słuchali ludzie z nizin społecznych, jak też szlachetnie urodzeni, i wykształceni notable. W czasach, gdy głoszone przez chrześcijan przekonania coraz rzadziej znajdowały pokrycie w uczynkach, Franciszek był żywym przykładem, że życie zgodne z nakazami Ewangelii jest możliwe. Jego szczerość, uczciwość, pełna pogody akceptacja dla ludzkich słabości zawsze i wszędzie zjednywały mu licznych zwolenników oraz ogromną sympatię, choć często zaprawiona ona była sporą dawką pobłażania. Pod wielkim wrażeniem jego postawy był nawet sułtan, który, upokorzony wcześniej przez legata sprawującego w imieniu papieża dowództwo nad wyprawą krzyżową, zaprzysiągł, że nigdy nie będzie mieć litości dla chrześcijan. Jednak pod wpływem spotkania z Franciszkiem postanowił nie tylko puścić wolno kapitulującą armię krzyżowców, ale również uwolnił wszystkich pojmanych wcześniej chrześcijańskich niewolników. Święty Franciszek z Asyżu, zwany sumieniem chrześcijaństwa, jest do dziś jedną z najbardziej inspirujących postaci historycznych, a jego filozofia wciąż bywa argumentem dla uzasadnienia różnych "dziwnych" idei (prawa zwierząt, ekologia) oraz źródłem natchnienia. I to nie tylko dla osób wierzących.
niedziela, 08 stycznia 2012
Chciałabym...
Żyć w ciepłym klimacie. Mieszkać w przyczepie. Nie zrywać się do pracy o świcie. Móc się utrzymać ze sprzedaży ręcznie robionych drobiazgów. Nie mieć zobowiązań i odpowiedzialności... .... Tymczasem... Tymczasem, niestety, jest zima, której łagodność jakimś dziwnym sposobem nie przekłada się na obniżenie rachunków czekających na opłacenie. Córka za dwa tygodnie ma studniówkę i coraz bliżej jest matura, od której zależeć będzie jej przyszłości. A ja... ... Ja po dwutygodniowym urlopie jutro wracam do pracy.
Ale kanał.... I po co nam ten cały wyścig?
czwartek, 05 stycznia 2012
Z bajek się nie wyrasta
Zaczynałam od Misia Uszatka i Bolka i Lolka. Potem były Pszczółka Maja i Smurfy... A wczoraj skończyłam Czystą Krew:)
O Czystej Krwi od czasu do czasu wspominała na swoim blogu Agnieszka i czyniła to tak zachęcająco, że w końcu sama postanowiłam serial obejrzeć. Szykowała mi się wyjątkowa uczta: cztery 12-sto odcinkowe serie na raz. Akurat miałam urlop, więc obejrzałam. I świetnie się bawiłam! Akcja serialu rozpoczyna się w dwa lata po wynalezieniu przez Japończyków syntetycznej krwi, co przyczyniło się do ujawnienia się wampirów. Posiadając substytut pożywienia wampiry wychodzą ze swoich trumien i zaczynają walczyć o swoje prawa do życia w społeczeństwie. Nie wszystkim się to podoba. Zarówno wśród ludzi, jak i wśród wampirów istnieją radykalne środowiska, które z różnych powodów nie chcą pokojowego współistnienia obu gatunków. Wśród tego zamieszania i walki ideologicznej, na marginesie wielkiej polityki, w małym miasteczku Bon Temps w Luizjanie rozkwita zaś miłość słyszącej ludzkie myśli kelnerki Sookie i przystojnego wampira - Billa. Jak każda para kochanków chcieliby oni wieść zwykłe wspólne życie, jednak wyjątkowe zdolności dziewczyny budzą ogromne zainteresowanie wampirów, przez co zostaje ona wplątana w najróżniejsze wampirze sprawy, a jej miłość do Billa niejednokrotnie zostanie wystawiona na próbę. Ale wampiry i czytająca w myślach Sookie nie są jedynymi osobliwymi postaciami serialu. Okazuje się, że wśród ludzi żyją też zmiennokształtni, menady, wróżki, wiedźmy, czarownicy, wilkołaki, a nawet pumołaki! Jednak granicą podziału miedzy tymi istotami wcale nie jest gatunek, do jakiego należą. Linia podziału, jak zwykle, wiedzie przez serca wszystkich istot, co sprawia, że w każdym gatunku znajdują się jednostki niegodziwe, ale też szlachetne, przyjacielskie i gotowe do poświęceń dla dobra innych. Nie ważne CZYM jesteś, ważne KIM jesteś. Czy nosisz w sercu miłość, czy nienawiść. Czy chcesz budować, czy niszczyć. Jak w każdej bajce, w Czystej krwi również zawsze zwycięża dobro. Co prawda zawsze jest to bardzo krucha przewaga, ale to dlatego, że przecież od czegoś trzeba zacząć kolejny sezon:). Premiera V Sezonu już w czerwcu. Nie mogę się doczekać:).
niedziela, 01 stycznia 2012
Na dobry początek dnia (i roku)
Noworoczny ranek obudził mnie słońcem. To rzadkie ostatnio doświadczenie postanowiłam uczcić równie słonecznym śniadaniem. Sałatka owocowa z dużą dawką cytrusów wydała mi się najbardziej odpowiednia. Składniki:
pomelo, grapefruit, banany, kiwi (nie miałam mandarynek; szkoda, bo dodają sałatce słodyczy), trochę bakalii, a jako sos jogurt papaja/limonka.
Uwielbiam sałatki owocowe! (Choć przyznam, że nigdy nie spożywałam ich w roli śniadania). Mniam! Pyszota:)
Uwielbiam też Nowy Rok - jest otwartą kartą. Wszystko może się zdarzyć:). A dzisiejsze słońce sprawia, że rośnie we mnie poziom optymizmu i nadzieja, że ten rok będzie jeszcze lepszy i ciekawszy...
... pełen bogatych wrażeń, smaków i kolorów:) Szczęśliwego Nowego Roku!
środa, 28 grudnia 2011
Romans Peonii i Gucia
... zaowocował bardzo ciekawym i jednocześnie dość trudnym kolorem tej oto tuniki/sukienki:
Jest ciemny a jednocześnie jaskrawy. Dziwne to zjawisko dało o sobie znać, gdy zaczęłam przymierzać gotową tunikę do różnych ubrań. Nie pasowała do niczego, mimo że wcześniej próbki dzianiny zdawały się przepięknie komponować z granatem, ciemną śliwką, a nawet jasnym fioletem. Gdy już miałam dać sobie spokój z tą całą zabawą kolorami, przymierzyłam tunikę do czarnego. Wcześniej w ogóle nie brałam tego koloru pod uwagę, bo wydawało mi się, że całość będzie wtedy zbyt ciemna. Tymczasem właśnie okazało się, że to połączenie jest zaskakująco udane.
Do kompletu powstał naszyjnik (bo uznałam, że przydałoby się jednak coś, co rozjaśni i ożywi całość), a także mitenki i czapka - i dopiero taki zestaw w pełni mnie satysfakcjonuje:)
Ale sfotografować to wszystko w tym nędznym świetle - to dopiero było wyzwanie! To prawda, że pogoda jest kiepska, a nasz aparat swoje lata już ma, ale żeby aż tak fiksował i nie potrafił dostosować się do warunków? Co to za tryb Auto, który potrafi robić ładne zdjęcia tylko przy dobrej pogodzie?
Przerabiałam drutami nr 5, a plisy szydełkiem nr 4,5. Tunika inspirowana modelem z Sabriny nr 2/2011, natomiast czapkę, mitenki i naszyjnik zrobiłam wg własnego pomysłu. Zużyłam niecałe dwa motki chabrowej Peonii (Anilux) i tyle samo ciemno-turkusowego Gucia (Opus).
piątek, 23 grudnia 2011
Dla Babci C. (jeszcze raz)
Babcia C. lubi moje zimowe zestawy. Kiedyś już udziergałam jej taki jeden, a ostatnio poprosiła mnie o nowy. Babcia C., prócz tego, że jest najukochańszą Babcią dla mojej córki, jest też całkiem sympatyczną teściową dla mnie. Nigdy nie odmawiam, gdy o coś mnie poprosi.
Nowy zestaw wydziergałam łącząc nitkę liliowo-różowego Tiftika ze śliwkowym Guciem (obie włóczki Opus) uzyskując w ten sposób nie tylko ciekawy kolorystycznie melanż, ale też wyjątkową miękkość gotowego produktu.
Przerabiałam drutami nr 6. Szal wg opisu z Dropsa, a czapkę-beret znalazłam w Swetrach nr 1/2012.
A w roli modelki wystąpiła dziś córka, bo ja mam jakieś grudniowe nastroje depresyjne... Może to przez te ciemności? Póki co zarabiam melancholię robótkami - trochę mnie w tym temacie dociążyła bratowa (nie wypominając!;)) - i staram się trzymać w kupie. Do zdjęć się jednak nie garnę, bo pozowanie ostatnio dobija mnie szczególnie. Oby do stycznia... (a potem do wiosny)... A tymczasem udanych Świąt i żeby każdy mógł je spędzić tak, jak najbardziej lubi... (Ja najchętniej w ciszy, spokoju i kocu).
sobota, 17 grudnia 2011
Upadek królestwa
Przeczytałam "Króla Trędowatego" (II część trylogii Zofii Kossak o średniowiecznych krzyżowcach) i jestem zła. Wściekła nawet! Nie wiem dokładnie dlaczego. Czy dlatego, że historia okazała się inna niż oczekiwałam? Że zamiast wielkich bohaterów, szlachetnych rycerzy, więcej w niej było zwykłych kanalii i zbójów jedynie mieniących się rycerzami? Że władcy i inni możni, przeznaczeni do rządzenia, w których rękach spoczywał los zwykłych ludzi, po których spodziewać się należało mądrości i szczególnego poczucia odpowiedzialności, często okazywali się głupi, chciwi i okrutni?... To bez sensu złościć się na rzeczywistość. To bez sensu złościć się na to, że świat i ludzie nie są idealni. A jednak się złoszczę. Bo wiem, że to my sami odpowiadamy za swój los - potrafimy zgotować sobie największe piekło, ale też zdolni jesteśmy do największych poświęceń i miłości względem siebie. Tylko jak wyeliminować to pierwsze, a wzmocnić to drugie? Wielu próbowało znaleźć odpowiedź na to pytanie, ale nikomu się nie udało. Recepty na poprawienie naszego charakteru nie znajduje ani religia, ani filozofia, ani nauka... Za moim zainteresowaniem krzyżowcami stoi obejrzany już jakiś czas temu film pt. "Królestwo Niebieskie" - przepiękny dramatyczny obraz o walce dobra ze złem, o miłości i poświęceniu:
Film, jak to film... - "dobrych" uszlachetnił i wywyższył więcej nawet, niż pozwala na to wiedza historyczna, zaś "złych" ukarał i poniżył, choć nie do końca i nie wszystkich, bo jak wiadomo zło jest jak smok o wielu głowach - jedną odrąbiesz, to w jej miejsce kilka nowych wyrasta... W każdym razie, na tymże filmie zbudowałam sobie wyobrażenie na temat Królestwa Jerozolimskiego i niestety, bliższa prawdy historycznej książka Zofii Kossak bardzo mnie strapiła i rozczarowała (choć po prawdzie przyznać należy, że nie autorki w tym wina - ona znów wykazała się ogromną wiedzą, wnikliwością i talentem, lecz cóż z tego, jeśli nasi bohaterowie w rzeczywistości okazują się łachudrami i egoistami?!). Może gdybym wcześniej pogooglała trochę w sieci i trafiła na przykład na ten wpis, w którym autor zgrabnie koryguje niektóre fakty przedstawione w filmie, byłabym nieco mniej rozczarowana. A tak, to jestem kolejnym przykładem na to, jak hollywoodzkie uładzone i uromantycznione historie wpływają na świadomość widzów.
W książce przede wszystkim zawiodła mnie postać Sybilli Jerozolimskiej - nie była ona ani w najmniejszej części tak pozytywną postacią, jak ją film pokazał. Wprost przeciwnie - to zepsuta, znudzona i pusta egoistka, tęskna wrażeń i płytkich, osobistych przyjemności. Choć potomkini mądrych królów i siostra swego wybitnego brata, sama nie ma w sobie nic z wielkości i umysłu swego rodu. To w dużej mierze jej działania przyczynią się do upadku latyńskiego Królestwa Jerozolimskiego. Za Sybillą zaś stoi cały orszak równie głupich i płytkich kobiet. W przeciwieństwie do pierwszego tomu Krzyżowców, gdzie prócz nieuczonych i niemądrych (nie ze swej winy przecież) kobiet, występowały też charakterne, dumne i naprawdę wielkie, które potrafiły stanąć ponad własne i obyczajowe ograniczenia (np. Florina - księżniczka burgundzka walczyła w męskim przebraniu pod Jerozolimą u boku swojego męża Swenona - królewicza duńskiego), w tomie drugim wszystkie kobiety są puste i pozbawione charakteru. Zainteresowane przygodami, ciekawostkami, za nic nie dobierają sobie do głowy spraw kraju, w którym żyją. Oczekują, że wszytko kręcić się będzie wokół nich i dla ich jedynej przyjemności. Atmosfera jerozolimskiego dworu bardziej przypomina mi osiemnastowieczne salony francuskie (pokazane np. w "Niebezpiecznych związkach" lub "Marii Antoninie"), niż pasuje do realiów średniowiecza... choć z drugiej strony Królestwo Jerozolimskie nie było przecież typowym średniowiecznym krajem.... Prócz wspomnianych kobiet przewija się w książce cała plejada negatywnych bohaterów męskich: wpływowych intrygantów (wielki mistrz Zakonu Templariuszy) i awanturników (wspomniany już Renaldem De Chatillon), beztroskich hulaków i lekkoduchów (Renald z Sydonu), lub tylko ograniczonych naiwniaków z przerostem ambicji - Amalryk Luzynian sprowadza do Jerozolimy swojego pięknego, lecz pozbawionego rozumu brata - Wita z nadzieją, że ten spodoba się Sybilli; związek brata z królewską siostrą stanowiłby dla niego znakomity sposób na podniesienie swojego statusu. A jakie mogą być skutki władzy niedoświadczonego i nierozumnego młokosa dla Królestwa Jerozolimskiego? A kogo obchodzi królestwo, gdy jest okazja napchać się zaszczytami i bogactwem?! Naprawdę, gdy czyta się o tych tępych, jak obuch siekiery pieniaczach i zbójach, na przekór pokojowym ustaleniom, wbrew rozkazom króla, łupiących i wyrzynających w pień bezbronnych, pielgrzymujących w karawanach muzułmanów i kupców, to nie żal, że w końcu stracą oni swoje ziemie, majątki, a w końcu też swoje marne awanturnicze życie. Żal jedynie, że takich zawsze jest więcej, a głos ich zawsze milej brzmiący i donośniejszy od tych, co głoszą pokój i współpracę. To samo i dziś... Parę dni temu słyszałam, że premier Wielkiej Brytanii wybierając się na ważną naradę UE twierdził, że jedzie tam walczyć jedynie o interesy swojego kraju. Cóż mu ogół, cóż mu inni, cóż wspólnota? Jego interes tylko się liczy! I przyklaskują mu jego rodacy, że dobry taki premier. A przecież UE to nasza wspólna sprawa, wspólna korzyść. W dobrobycie łatwo się jednoczyć i solidarnie korzystać z sukcesu, ale prawdziwą sztuką jest solidarność w kryzysie, a to już niewielu potrafi. Historia Europy jest historią wojny. Wieczne tylko podboje i zabory między sobą. Nawet groźba ze strony jakiegoś zewnętrznego wroga nie miała wystarczającej mocy, by Europę zjednoczyć na dłużej. Strata Królestwa Jerozolimskiego, a później Cesarstwa Bizantyjskiego nie była wynikiem przewagi i siły łacińskich wrogów, lecz nieudolności, kłótliwości i krótkowzroczności europejskich przywódców, których nie interesowało wiele więcej niż osobiste zyski i płytko rozumiana władza. Historia nieraz pokazała, że niczego nie zbuduje ktoś, kto nie widzi dalej, niż czubek własnego nosa. Gorzej, że z tej historii wciąż nie potrafimy wyciągnąć wniosków. Wciąż nasza natura człowiecza karze nam patrzeć głównie na to, co teraz, co łatwo i dla nas najkorzystniejsze.
niedziela, 11 grudnia 2011
Sukienka z empirową talią
Gdy po raz pierwszy zobaczyłam tę sukienkę w Sandrze Extra, od razu wiedziałam, że muszę ją zrobić. Spodobało mi się w niej wszystko - krój, materiał, połączenie delikatnego wzoru ażurowego z gładkim szydełkowym karczkiem oraz koronkami. A wszystko takie proste do zrobienia... Jedynie zszywanie napawało mnie obawą, a konkretnie to połączenie przerabianych na drutach rękawów z szydełkowym karczkiem. Zastanawiałam się, jak u licha, uda mi się to zrobić?! Póki przewidywane problemy były dość odległe, starałam się o nich nie myśleć - będzie, co będzie. Zobaczymy. Ale im bliżej było końca, tym wolniej szła mi praca. Tym częściej ją odkładałam i zajmowałam się czymś innym - mniej problemowym... Pomimo stosowanych ustawicznie działań sabotażowych, dobrnęłam jednak (a zajęło mi to rok prawie!) do momentu, gdy wszystkie gotowe elementy sukienki czekały już tylko na połączenie ich w jedną całość... No cóż, nie powiem, że poszło jak po maśle, że obawiałam się na wyrost, czy coś w tym stylu. Łatwo nie było. Ale najważniejsze, że jakoś się udało i wreszcie mam swoją wytęsknioną sukienkę w całości!
Do zrobienia sukienki zużyłam niecałe dwa motki brązowego i jasno fioletowego Gucia (Opus). Bardzo lubię tę włóczkę. Jest miękka i włochata jak moher, ale od moheru przyjemniejsza. Nie gryzie wcale:).
Przerabiałam drutami nr 5 (choć chyba właściwsze byłyby 4,5, ale jak już zaczęłam na grubszych, to potem nie chciało mi się już pruć i zaczynać od nowa) i szydełkiem 4,5.
A do kompletu dorobiłam sobie jeszcze (z potrójnej nitki Gucia i drutami nr 5) czapkę i opaskę:
sobota, 03 grudnia 2011
Obiecanki cacanki
Będzie to już ze dwa lata, jak nasza przyjaciółka domu zobaczyła skrzynkę zrobioną przeze mnie dla bratanicy: - Też taką chcę! - zawołała z zachwytem, który mile połechtał moje twórcze ego. - Nie ma sprawy - obiecałam zadowolona - zrobię bez problemu. Tymczasem mijały dni, tygodnie, miesiące... Stosowna, surowa skrzynia drewniana została zakupiona i oczekująco tkwiła sobie na półce pośród innych półproduktów i surowców przeznaczonych do dekupażowego ozdabiania... Jednak fakt ten w żaden sposób nie chciał wpłynąć na dalszy rozwój sytuacji. Nie było pomysłu, nie było chęci, a w końcu też czasu... Mijały kolejne terminy i okazje idealne do wręczenia gotowego dzieła... i tylko dzieło wciąż pozostawało haniebnie surowe, czyli niegotowe. Oj, wstyd! Wstyd do kwadratu! Obiecanki cacanki! A tu znów urodziny zleceniodawczyni się zbliżają... jak byłoby miło dać w prezencie obiecaną skrzynię! ... I gdy tak miotałam się w poczuciu twórczego wyjałowienia oraz wstydu za słowo na wiatr rzucone, pomiędzy brakiem chęci do pracy, a koniecznością jej wykonania, zupełnie nieoczekiwanie i po cichutku przyszedł sobie taki jeden... Pomysł. I stała się skrzynia:) Skrzynię robiłam swoją ulubioną techniką shabby chic, czyli bejca, świeczka, farba akrylowa i drapanie wyschniętej farby papierem ściernym. W niektórych miejscach lepiej od papieru ściernego sprawdziły się moje własne paznokcie:) Naklejone motywy są z papieru więc teoretycznie wymagały większej ilości lakieru, ale poniechałam tego pomysłu, bo samo drewno ma fajną fakturę i nie chciałam jej wygładzać lakierem.
Wszystkie kontury motywów podkreśliłam cieniowaniem, które, ku mojej ogromniej satysfakcji, coraz lepiej mi wychodzi. Ale najważniejsze, że obdarowanej bardzo się podobało i była przy tym tak miła, że ani jednym słowem nie wypomniała mi tego ogromnego czasu, jaki upłynął od mojej obietnicy do jej realizacji. |