|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Adres e-mail: ren-ya@gazeta.pl
Ciekawe strony
Do poczytania
Inspirują mnie
|
poniedziałek, 13 lutego 2012
18 lat temu
... dzień był równie mroźny, jak dziś. Gdy nad ranem, w towarzystwie mamy i męża, przestraszona i zestresowana pierwszymi zwiastunami zbliżającego się porodu wychodziłam do szpitala, termometr wskazywał 20 stopni poniżej zera. Ulice były puste, ciche i ciemne. Właśnie kończyła się ostatkowa noc i miałam wrażenie, że wszyscy wokół pogrążeni byli w spokojnym śnie, podczas gdy ja jedna stałam właśnie u progu największej rewolucji w swoim życiu. Później, gdy zostałam już sama na sali porodowej, patrzyłam przez okno, jak moje miasto leniwie budzi się do życia. Na ulicach zaczęli pojawiać się przechodnie, a ja patrząc na nich zastanawiałam się kim są, jak żyją, o czym myślą. Czy zdają sobie sprawę, że ten zwykły dla nich dzień, dla kogoś innego jest dniem wyjątkowym? Czy ktokolwiek z przechodzących czuje, że na niego patrzę? Czy czuje, że dokładnie w tym momencie jest obiektem czyjejś (mojej) zazdrości, bo idąc sobie tą drogą wydaje się taki wolny i beztroski, podczas gdy ja uwięziona jestem w nieprzyjaznej, zimnej sali porodowej, całkiem sama, obolała, pełna strachu i niepewności? Pełna strachu i niepewności nie tylko co do najbliższej przyszłości, ale również tego jak później poradzę sobie w nowej roli. Jaką będę matką? Czy podołam obowiązkom? Czy dam sobie radę z odpowiedzialnością za życie swojego dziecka? Czy potrafię dać mu wszystko, czego potrzebuje do zdrowego rozwoju? Nie tylko w sensie materialnym, ale też emocjonalnym. Naprawdę się o to martwiłam, bo nie należę i nigdy nie należałam do osób, których dzieci rozczulają i budzą opiekuńcze instynkty. Na zmianę z tymi niewesołymi przemyśleniami pojawiały się również zupełnie przeciwne emocje. Co jakiś czas ogarniała mnie przyjemna ekscytacja, że oto już za chwilę wydarzy się w moim życiu coś zupełnie wyjątkowego. I z jednej strony strasznie się bałam, a z drugiej nie mogłam się już doczekać rozwiązania. Co jakiś czas ogarniało mnie uspokajające przekonanie, że będzie fajnie. Moja córka przyszła na świat 13 lutego 1994 roku o godzinie 21:20. Ważyła 2800 g i mierzyła 55 cm. Gdy dziś na nią patrzę, to nie mogę uwierzyć, że kiedyś naprawdę była taka malutka i tak bardzo ode mnie zależna. To wszystko tak szybko minęło... Parę minut temu moja córka skończyła 18 lat. Za niespełna trzy miesiące skończy szkołę... za cztery zda maturę... a za sześć miesięcy wyjedzie na studia... (Przynajmniej taki jest plan). Wiadomo z czym osiemnastka wiąże się dla dziecka. Ale co z rodzicami? Jaka będzie teraz nasza rola? Minęło 18 lat, a ja znów staję u progu czegoś nowego. Tylko, że dziś zamiast poczucia, że coś się zaczyna, bardziej dokucza mi świadomość, że coś się kończy...
czwartek, 09 lutego 2012
Pojechałam, obejrzałam...
Już myślałam, że z planowanej i wyczekiwanej od wakacji wyprawy do kina na Dziewczynę z tatuażem nic nie wyjdzie. Wszystko przez mróz. Po kilku dniach i nocach z 20-30 stopniowymi mrozami, mój nieszczęsny samochód, napędzany wysokoprężnym silnikiem diesla, odmówił posłuszeństwa. Nic to, że do pracy zmuszona byłam chodzić na piechotę. Nieco więcej ruchu na świeżym powietrzu jeszcze nikomu nie zaszkodziło (ha! powiedzcie to naczynkom na mojej twarzy, które nawet pod ochroną specjalnego kremu dla narciarzy przeżyły prawdziwą masakrę), ale z kina naprawdę było mi szkoda zrezygnować. Nie pomogło uszlachetnianie paliwa specjalnym preparatem. Kilkakrotne rozgrzewanie świec również na nic się zdało. W takiej temperaturze zdycha bowiem serce samochodu - akumulator. Dzień przed planowanym wyjazdem, po kilku nieudanych próbach odpalenia, prawie całkiem nowe baterie w moim samochodzie, krztusząc się i dławiąc żałośnie, zdechły... Ale... Nie zaczynałabym tematu, gdyby historia nie miała happy endu:). Pomógł prostownik. Wystarczyło parę godzin ładowania, by martwy samochód złapał rytm, a z rury wydechowej, ku uldze wszystkich zainteresowanych, wyzionęły kłęby regularnie wydalanych spalin. Pojechaliśmy.... Obejrzeliśmy... Podobało się:)
Ponieważ wcześniej przeczytałam książkę, a także obejrzałam jej szwedzką adaptację filmową, pokuszę się o parę porównań. Ale króciutko. Nie ma powodów, by się strasznie na ten temat rozpisywać. Oba filmy - szwedzki i hollywoodzki - są do siebie podobne. Zarówno w klimacie, jak i niektórych ujęciach, scenach. To dość wierne adaptacje, różniące się jedynie szczegółami. Jeśli chodzi o aktorów, to w hollywoodzkim wydaniu bardzo podobał mi się Daniel Craig w roli Blomkvista. Podobno zebrał kiepskie opinie jako agent 007, jednak w roli zmęczonego życiem i przytłoczonego porażką dziennikarza-detektywa jest po prostu genialny. Za to szwedzka Lisbeth na głowę bije swoją amerykańską odpowiedniczkę, która tutaj wydawała mi się za mało wyrazista, za mało pewna siebie, choć przyznaję, że ma też parę naprawdę dobrych momentów. Również szwedzki Nils Bjurman był w mojej opinii bardziej przekonujący. Ale to drobiazgi bez znaczenia dla osób, które szwedzkiej adaptacji nie widziały.
Dla przypomnienia: tutaj pisałam o książkach Stiega Larssena, a tutaj o ich szwedzkich adaptacjach filmowych. Tutaj zaś swoimi wrażeniami z obrazu Finchera podzieliła Magota:).
sobota, 04 lutego 2012
Ulubione seriale
Fidrygałka zaprosiła mnie do zabawy w Nasze Ulubione Seriale. Chętnie korzystam, bo seriale lubię i oglądam. Nie tasiemce "o życiu" - tych nie trawię. Gdyby naprawdę życie miało tak wyglądać, to.... wolałabym już żyć w Matrixie;). ZASADY ZABAWY:
W serialach lubię przede wszystkim ciekawych, niebanalnych bohaterów i później bardzo się do nich przywiązuję. Bez wysiłku wybaczam potknięcia scenarzystów, nielogiczności, naciągane rozwiązania i słabsze odcinki w kolejnych powstających seriach. Doceniam też poczucie humoru i trzymającą w napięciu akcję. A gdy całość na dodatek okraszona jest kapeńką absurdu, ironii i umowności, to wciągam się w taką historię bez reszty i staje się ona dla mnie nie mniej rzeczywista, niż moje własne życie. No tak już mam i trudno:) A wszytko zaczęło się od....
Kończyłam wówczas podstawówkę i powoli kształtował się we mnie wizerunek ulubionej bohaterki - dobrej, ale niedocenianej, upokarzanej i lekceważonej, która pod wpływem dramatycznych wydarzeń nabiera hartu ducha, odwagi i pewności siebie, i w końcu dostaje wszystko, na co zasługuje, los wynagradza jej wszystkie krzywdy... Ha, pewnie pierwszy lepszy psycholog wysnułby na tej podstawie jakąś teorię, ale mniejsza z tym. Stephanie Harper szybko została moją idolką, zaraz obok Sary Crewe, Ani Shirley i Laury Shane.
6. Columbo.
A później nastała era nowoczesnych seriali, które dla mnie otwiera pozycja siódma na mojej liście: 7. Ally McBeal.
8. 24 godziny.
10. Dexter.
No i nie zmieściłam się w dziesiątce, bo na miejscu jedenastym jest jeszcze jeden tytuł, którego w żadem sposób nie chciałabym pominąć: 11. Czysta Krew.
A do zabawy zapraszam: Graszynkę - wprawdzie reperując ruderkę i dekorując różne różności niewiele ma czasu na seriale, ale może są takie, które na przykład pamięta z przeszłości i chciałaby się swoimi wspomnieniami podzielić? Mam nadzieję, że zechce:) Klamoty - wiem, że jest miłośniczką co najmniej jednego z seriali wymienionych przeze mnie, a ciekawa jestem innych ulubionych:) Magotę - która co prawda jest amatorką książek, ale mam nadzieję, że i z seriali coś jej się uda wybrać:) Sowę - która delektuje się ostatnio Kuchnią 5 Przemian, w związku z czym nie mam pewności, czy starcza jej czasu na cokolwiek poza tym, ale może jednak?:) Anię z Eire - która lubi sobie pospacerować w gronie rodzinnym, podziergać i poczytać. A pooglądać?:)
czwartek, 02 lutego 2012
Na eksport
... czyli dla rodzinki mieszkającej w Irlandii, wydziergałam, a córka osobiście doręczyła, parę drobiazgów: - dla domu: mój największy hit - firanka:). Szerokość na 20 rozetek. Z obliczeń (na podstawie mojej firanki) miało to dać 140 cm, ale, nie wiedzieć dlaczego, moje wyliczenia, choć poprawne matematycznie, w praktyce dają zupełnie inne wyniki... No nic, najważniejsze, że w oknie podobno się mieści:). Zużyłam równiutkie dwa motki bawełny Maxi.
- dla bratowej: drobna szydełkowa biżuteria:
- dla brata czterometrowy wężowy szalik:
- dla starszych bratanków po 3 metry:
- i dla małego Tymianka ciepły komplecik:
Takie same skarpeteczki/butki, tylko mniejsze, robiłam dla córki kolegi. Skorzystałam z opisu Zdzid, nieco go jedynie zmodyfikowałam, by osiągnąć większy rozmiar. Ufff, napracowałam się, ale z przyjemnością:).
niedziela, 29 stycznia 2012
Mężczyzna omotany:)
Z moich styczniowych wpisów można by wysnuć wniosek, że nic tylko czytam, oglądam i pogrążam się w depresji. Pozory jednak mylą, bowiem w tym czasie również dziergałam i to nawet bardziej niż zwykle. Nic dla siebie tym razem. W większości na eksport:) - o tym będzie następnym razem - a ostatnio również dla mojego męża - żeby nie było, że dla wszystkich dziergam, tylko dla niego nigdy nic;). Dwa zimowe zestawy: jednobarwna czapka z pasiastym wężowym szalikiem:
oraz kolorowa czapka z jednobarwnym golfikiem.
Właściciel jak widać zadowolony, choć dla potrzeb sesji zdjęciowej musiał na mrozie przebierać zestawy:)
Ale mężczyźni twardzi są i mrozy im nie straszne;). Jedyną ofiarą mrozu był mój palec pstrykający, w którym po kilkunastu zdjęciach straciłam czucie, choć był uzbrojony w rękawiczkę.
Pasiasty szalik-wąż, przerabiany ściegiem gładkim (włóczka Elian Klasik, druty nr 4,5), inspirowany jest pracami Ifony. Ma około czterech metrów długości i można nim owinąć szyję cztery do pięciu razy. Golfik to po prostu krótki szaliczek przerabiany ściągaczem 2op/2ol (Elian Klasik, druty nr 4,5), którego końce zszyłam ze sobą. Czapki robiłam wzorując się trochę na opisach z wydania specjalnego Sabriny, a trochę podpatrzyłam u Antoniny. Brązową przerabiałam podwójną nitką - Elian Klasik i Opus Gucio drutami nr 5. Czapkę w paski: drutami nr 4 i oczywiście Elian Klasik. Jedynie ściągacz wzmocniłam dodając do Klasika nitkę Angel (Bergere de France). Zużyłam: 3 motki brązowej (+ resztkę czwartego), 1 motek jasnozielonej, 1 motek ciemnozielonej oraz resztki musztardowej, beżowej i ciemnobeżowej.
piątek, 20 stycznia 2012
Jestem odmieńcem :p
Nie podobało mi się Lśnienie Kubricka, nie przebrnęłam przez "Mistrza i Małgorzatę" Bułhakowa, a teraz nie przypadła mi do gustu powszechnie chwalona Gra o tron.
Cały sezon - dziesięć odcinków - obejrzałam tylko dlatego, że podczas oglądania dziergałam. Gdyby nie robótki, to prawdopodobnie nie dotrwałabym nawet do połowy. Jak na gatunek fantasy, to elementów fantasy jest jest tu tyle, co kot napłakał. Występowały co prawda smocze jaja, ale same smoki podobno dawno wyginęły, wilkory przypominają zwykłe wilki, albo nawet psy husky, a gdzieś na północy grasują dziwa, w horrorach znane jako zombie. Ale nawet te nieliczne fantastyczne motywy utopione są w bezmiarze politycznych machinacji. Sympatii nie budzą również bohaterowie - trudno im ufać, bo każdy rozgrywa jakąś swoją intrygę i generalnie nie wiadomo w co oni tak naprawdę grają i komu sprzyjają. Znajomi lojalnie uprzedzali mnie, żebym nie przywiązywała się do bohaterów, bo większość z nich wcześniej czy później ginie. Ostrzeżenia te okazały się jednak zupełnie niepotrzebne - skoro ich nie polubiłam, to nie mogłam przecież przejmować się ich śmiercią, prawda? Zresztą i tak przesadzili, wcale ich tak dużo nie zginęło i do drugiego sezonu przejdzie całkiem spora ekipa. Jak dla mnie zresztą, to znacząca była tylko jedna śmierć... pod sam koniec serialu. Wszystko razem sprawia wrażenie, jakby scenarzyści największe współczesne chamstwo i demoralizację umieścili po prostu w średniowiecznej scenerii i ustroju polityczno-społecznym, "uatrakcyjniając" obraz wulgarnym, a momentami nawet zdegenerowanym, erotyzmem. Wszelkie relacje międzyludzkie mają w sobie coś plugawego i niestosownego... Sama już nie wiem, czy to celowy zabieg mający wzbudzić zainteresowanie i uwagę widzów (bo nic się tak dobrze nie sprzedaje, jak seks), czy scenarzyści (wśród których jest również autor książkowego pierwowzoru) po prostu wymyślili sobie taki ohydny alternatywny świat. Ja w każdym razie nie chciałabym mieszkać w takim świecie.
niedziela, 15 stycznia 2012
Ostatnia krucjata
Zanim sięgnęłam po trzecią część trylogii Zofii Kossak ("Bez oręża") przeczytałam sobie w internecie opis. Dowiedziałam się z niego, że lektura opowiada o wyprawie krzyżowej dzieci, które jedynie swoją czystą wiarą i miłością do Chrystusa miały oswobodzić Grób Święty z rąk muzułmanów. Pomyślałam sobie wówczas, że to już szczyt naiwności i ciemnoty średniowiecznych władców, żeby dzieci wykorzystywać do takich celów! Jednocześnie ciekawa byłam, w jaki też sposób udało im się przekonać społeczeństwo do takiej akcji? W trakcie czytania okazało się jednak, że książka wcale nie opowiada o tym, czego się spodziewałam (tzn. opowiada, ale w zupełnie inny sposób, niż się spodziewałam), zaś sam tytuł w niewielkim tylko stopniu odnosi się do krucjaty dziecięcej.
Powieść "Bez Oręża" ma dwóch głównych bohaterów. Pierwszym jest Jan de Brienne, którego poznajemy w chwili, gdy wyznaczony został przez króla Francji do objęcia tronu Królestwa Jerozolimskiego. W tym celu Jan - rycerz o znakomitej reputacji i słusznym wieku, który resztę swego życia chciał spędzić według własnych planów - musi zostawić swoją ukochaną (mężatkę) i udać się do Ziemi Świętej, gdzie ma poślubić młodziutką królewnę jerozolimską - Marię (córkę Izabeli, siostrzenicę Sybilli). W tych okolicznościach korona nie jest wcale dla Jana błogosławionym zaszczytem, a wprost przeciwnie. Na kartach powieści bohater wciąż zmaga się ze sobą, miota pomiędzy posłuszeństwem wobec swojego króla, obowiązkami i powinnościami wynikającymi ze swojej pozycji, a chęcią życia tylko dla siebie, realizowania własnych pragnień i namiętności. I muszę przyznać, że zmagania te są niezwykle ciekawie opisane. (A może tylko mnie się takie ciekawe wydają, bo mnie również zdarzało się przeżywać podobne rozterki?)... Czy można dążyć do własnego szczęścia kosztem innych ludzi? Czy potrzeba bycia szczęśliwym może być usprawiedliwieniem dla zaniedbań i obojętności wobec innych ludzi, i dziedzin naszego życia? Czy miłość ważniejsza jest od honoru, odpowiedzialności i powinności? Czy w niej leży odpowiedź i uzasadnienie wszystkiego? Życie jest takie krótkie, takie ulotne... czy nie powinno do nas samych jedynie należeć? Dlaczego mamy swoje szczęście poświęcać w imię innych wartości? Kto powiedział, że one ważniejsze? Snując tego rodzaju rozważania, jakże zniewolony wydaje się sam sobie Jan de Brienne - król... Drugim bohaterem jest Franciszek - Biedaczyna z Asyżu. Jest nikim i niczego nie ma. Rozterek również. Dla niego życie jest piękne i nieskomplikowane. I tylko dwie są tego przyczyny - ufność w bożą mądrość i opiekę oraz ubóstwo. Wiara w wielkość, dobroć i miłosierdzie boże sprawia, że Franciszek wszędzie czuje się dobrze i bezpiecznie, a choćby i krzywda miała mu się stać, to przecież z woli Boga, którą przyjąć należy z pokorą i radością. Brak posiadania zaś sprawia, że człowiek jest naprawdę wolny - nieprzywiązany do żadnego domu, a więc i miejsca na Ziemi, wolny od strachu przed utratą swoich dóbr, wolny od nieufności wobec innych ludzi.... itd. Losy tych dwóch bohaterów nie jeden raz przetną się na kartach powieści. Jeden - w imię Chrystusa walczący mieczem i drugi - wierzący, że świat i ludzi odmienić można dobrym słowem i przykładem swojego życia. I to właśnie ta druga postawa znalazła swój wyraz w tytule powieści Zofii Kossak. Filozofia Franciszka opierała się na dosłownym rozumieniu Ewangelii, a więc z jednej strony była bardzo naiwna, z drugiej zaś logiczna (pomijając parę drobiazgów), konsekwentna i naprawdę trudno było odmówić jej słuszności. Proste wyjaśnienia najbardziej skomplikowanych życiowych i moralnych problemów sprawiały, że Biedaczyny z Asyżu z równym zainteresowaniem słuchali ludzie z nizin społecznych, jak też szlachetnie urodzeni, i wykształceni notable. W czasach, gdy głoszone przez chrześcijan przekonania coraz rzadziej znajdowały pokrycie w uczynkach, Franciszek był żywym przykładem, że życie zgodne z nakazami Ewangelii jest możliwe. Jego szczerość, uczciwość, pełna pogody akceptacja dla ludzkich słabości zawsze i wszędzie zjednywały mu licznych zwolenników oraz ogromną sympatię, choć często zaprawiona ona była sporą dawką pobłażania. Pod wielkim wrażeniem jego postawy był nawet sułtan, który, upokorzony wcześniej przez legata sprawującego w imieniu papieża dowództwo nad wyprawą krzyżową, zaprzysiągł, że nigdy nie będzie mieć litości dla chrześcijan. Jednak pod wpływem spotkania z Franciszkiem postanowił nie tylko puścić wolno kapitulującą armię krzyżowców, ale również uwolnił wszystkich pojmanych wcześniej chrześcijańskich niewolników. Święty Franciszek z Asyżu, zwany sumieniem chrześcijaństwa, jest do dziś jedną z najbardziej inspirujących postaci historycznych, a jego filozofia wciąż bywa argumentem dla uzasadnienia różnych "dziwnych" idei (prawa zwierząt, ekologia) oraz źródłem natchnienia. I to nie tylko dla osób wierzących.
niedziela, 08 stycznia 2012
Chciałabym...
Żyć w ciepłym klimacie. Mieszkać w przyczepie. Nie zrywać się do pracy o świcie. Móc się utrzymać ze sprzedaży ręcznie robionych drobiazgów. Nie mieć zobowiązań i odpowiedzialności... .... Tymczasem... Tymczasem, niestety, jest zima, której łagodność jakimś dziwnym sposobem nie przekłada się na obniżenie rachunków czekających na opłacenie. Córka za dwa tygodnie ma studniówkę i coraz bliżej jest matura, od której zależeć będzie jej przyszłości. A ja... ... Ja po dwutygodniowym urlopie jutro wracam do pracy.
Ale kanał.... I po co nam ten cały wyścig?
czwartek, 05 stycznia 2012
Z bajek się nie wyrasta
Zaczynałam od Misia Uszatka i Bolka i Lolka. Potem były Pszczółka Maja i Smurfy... A wczoraj skończyłam Czystą Krew:)
O Czystej Krwi od czasu do czasu wspominała na swoim blogu Agnieszka i czyniła to tak zachęcająco, że w końcu sama postanowiłam serial obejrzeć. Szykowała mi się wyjątkowa uczta: cztery 12-sto odcinkowe serie na raz. Akurat miałam urlop, więc obejrzałam. I świetnie się bawiłam! Akcja serialu rozpoczyna się w dwa lata po wynalezieniu przez Japończyków syntetycznej krwi, co przyczyniło się do ujawnienia się wampirów. Posiadając substytut pożywienia wampiry wychodzą ze swoich trumien i zaczynają walczyć o swoje prawa do życia w społeczeństwie. Nie wszystkim się to podoba. Zarówno wśród ludzi, jak i wśród wampirów istnieją radykalne środowiska, które z różnych powodów nie chcą pokojowego współistnienia obu gatunków. Wśród tego zamieszania i walki ideologicznej, na marginesie wielkiej polityki, w małym miasteczku Bon Temps w Luizjanie rozkwita zaś miłość słyszącej ludzkie myśli kelnerki Sookie i przystojnego wampira - Billa. Jak każda para kochanków chcieliby oni wieść zwykłe wspólne życie, jednak wyjątkowe zdolności dziewczyny budzą ogromne zainteresowanie wampirów, przez co zostaje ona wplątana w najróżniejsze wampirze sprawy, a jej miłość do Billa niejednokrotnie zostanie wystawiona na próbę. Ale wampiry i czytająca w myślach Sookie nie są jedynymi osobliwymi postaciami serialu. Okazuje się, że wśród ludzi żyją też zmiennokształtni, menady, wróżki, wiedźmy, czarownicy, wilkołaki, a nawet pumołaki! Jednak granicą podziału miedzy tymi istotami wcale nie jest gatunek, do jakiego należą. Linia podziału, jak zwykle, wiedzie przez serca wszystkich istot, co sprawia, że w każdym gatunku znajdują się jednostki niegodziwe, ale też szlachetne, przyjacielskie i gotowe do poświęceń dla dobra innych. Nie ważne CZYM jesteś, ważne KIM jesteś. Czy nosisz w sercu miłość, czy nienawiść. Czy chcesz budować, czy niszczyć. Jak w każdej bajce, w Czystej krwi również zawsze zwycięża dobro. Co prawda zawsze jest to bardzo krucha przewaga, ale to dlatego, że przecież od czegoś trzeba zacząć kolejny sezon:). Premiera V Sezonu już w czerwcu. Nie mogę się doczekać:).
niedziela, 01 stycznia 2012
Na dobry początek dnia (i roku)
Noworoczny ranek obudził mnie słońcem. To rzadkie ostatnio doświadczenie postanowiłam uczcić równie słonecznym śniadaniem. Sałatka owocowa z dużą dawką cytrusów wydała mi się najbardziej odpowiednia. Składniki:
pomelo, grapefruit, banany, kiwi (nie miałam mandarynek; szkoda, bo dodają sałatce słodyczy), trochę bakalii, a jako sos jogurt papaja/limonka.
Uwielbiam sałatki owocowe! (Choć przyznam, że nigdy nie spożywałam ich w roli śniadania). Mniam! Pyszota:)
Uwielbiam też Nowy Rok - jest otwartą kartą. Wszystko może się zdarzyć:). A dzisiejsze słońce sprawia, że rośnie we mnie poziom optymizmu i nadzieja, że ten rok będzie jeszcze lepszy i ciekawszy...
... pełen bogatych wrażeń, smaków i kolorów:) Szczęśliwego Nowego Roku! |