|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Adres e-mail: ren-ya@gazeta.pl
Ciekawe strony
Do poczytania
Inspirują mnie
|
niedziela, 13 maja 2012
Wieszak na ręcznik kuchenny
Równie przyjemne jak kupowanie artykułów hobbystycznych, jest ich efektywne wykorzystywanie. Przynajmniej dla mnie. Zużycie włóczki do końca, farbki do dna, papieru do ostatniego motywu... Mam w takich chwilach ogromną satysfakcję. Jakbym układała ostatni element puzzla w obrazku:) Do ostatka zużyłam właśnie jeden z pierwszych zakupionych przeze mnie papierów do decoupage. Wcześniej wykorzystałam go do słoiczków dla teściowej (malutkie zdjęcia zamieściłam w tym okolicznościowym wpisie), a całkiem niedawno zdobiłam nim parapetowe skrzyneczki. Najostatniejszy motyw trafił zaś na półeczkę z wieszakiem na ręczniki kuchenne: Wieszaczek udekorowałam w tym samym stylu, co wcześniejsze skrzynki - zajmują miejsca w tym samym praktycznie pomieszczeniu, więc niech sobie stanowią komplet. Zdjęcia bez lampy, więc jakość pozostawia trochę do życzenia. Z lampą zresztą też: Osobiście wolę jednak gorszą jakość, ale bez lampy...
niedziela, 06 maja 2012
Magia iluzji
Dlaczego lubimy pokazy iluzjonistyczne? Przecież wiemy, że to tylko sztuczki, które jedynie sprawiają wrażenie sprzecznych z prawami fizyki. Przecież wiemy, że iluzjoniści nas nabierają. Oszukują. Z tego żyją. A jednak nam się to podoba. Wprawia nas w zachwyt. Lubimy, gdy nas oszukują. Czasem zastanawiamy się, jak oni to robią, na czym polega dany trick. A czasem wcale nie potrzebujemy wyjaśnienia. Zrozumienie sztuczki odziera ją z magii, więc po prostu skupiamy się na przedstawieniu podziwiając niezwykły kunszt artysty. Zachwycamy się pozornie nadnaturalnymi umiejętnościami, gdy tymczasem w iluzji najważniejsza jest jedna - umiejętność skutecznego odwracania uwagi widza od tego, co tak naprawdę się dzieje. Współcześni iluzjoniści nie są dziś tak wielkimi gwiazdami jak jeszcze sto lat temu, kiedy to cuda rozkwitającej wówczas techniki stanowiły doskonałe uzupełnienie sztuki iluzji. Widzom trudno było rozróżnić co z przedstawienia jest zwykłą sztuczką, a co efektem pracy różnych mechanizmów i urządzeń. Zjawisko elektryczności, widowiskowe wyładowania i błyskawice znakomicie komponowały się w magicznych inscenizacjach. Pewnie dlatego, to właśnie przełom wieków XIX i XX stał się scenerią dla pokazania dwóch niezwykłych historii. Historii zupełnie do siebie niepodobnych, a jednak mających ze sobą sporo punktów stycznych. Oba filmy swoją premierę miały w 2006 roku, ale ja obejrzałam je dopiero niedawno. Pierwszy skusił mnie Edwardem Nortonem, drugi Christianem Balem. Tak... przyznaję się - wybieram filmy z uwagi na aktorów, a nie reżyserów;). Edwarda Nortona cenię szczególnie za role wrażliwych i uczuciowych mężczyzn (np. Malowany welon), którzy nawet jeśli czasem są postaciami negatywnymi (jak w 25 godzinie), to jednak nigdy nie pozbawionymi swojego szczególnego uroku, którego źródło tkwi chyba w delikatnej powierzchowności tego aktora. Christian Bale urzekł mnie zaś rolą w Equilibrium, gdzie wcielił się w pozbawionego uczuć, wysokiego rangą, funkcjonariusza totalitarnego państwa, który pod wpływem pewnego wydarzenia, trochę przez przypadek, zaczyna jednak czuć; doświadcza emocji i odkrywa, jak są one piękne i ważne dla ludzkiej egzystencji... Ale ja nie o aktorach chciałam, tylko o filmach. Otóż oba opowiadają o iluzjonistach, o ich życiu, pracy i sztuczkach, które wykonują. Jednak przedstawiona w nich iluzja jest nie tylko tematem przewodnim opowieści; przede wszystkim służy do odwrócenia uwagi widza od tego, co najważniejsze, od tego, o czym tak naprawdę obrazy opowiadają. Oba filmy są same w sobie doskonale zrealizowanymi magicznymi sztuczkami - zawsze widzimy tylko tyle, ile artyści chcą byśmy zobaczyli. Reszta jest ukryta - dzieje się poza kadrem. I dopiero w finale, gdy zestawione ze sobą zostają wszystkie elementy układanki, zaczynamy rozumieć... Iluzjonista to przede wszystkim wyrafinowana intryga kryminalna z elementami melodramatu. Doskonale się ogląda. Śledzimy kolejne wydarzenia nie zdając sobie sprawy, że wszystko co widzimy, wszystko co jest nam pokazane, dzieje się w jednym tylko celu - ma nas zmylić. Im bardziej się to uda, tym większym zaskoczeniem będzie zakończenie. Jeśli o mnie chodzi, to sztuczka udała się idealnie. Może to niezbyt dobrze o mnie świadczy, bo w recenzjach czytałam, że film był przewidywalny, wręcz banalny;). Jednak podążając wyznaczoną przez twórców ścieżką, nie próbując niczego wyprzedzać, ani przedwcześnie rozgryzać, obejrzałam naprawdę magiczną historię, w której było wszystko to, co w filmach lubię najbardziej - wzruszająca i ciekawie osnuta opowieść, doskonałe aktorstwo oraz sugestywny klimat. Drugi film - Prestiż jest moim zdaniem dużo bardziej złożony. Iluzjonistyczne numery, dążenie do osiągnięcia w ich wykonaniu doskonałości, są tu podstawą do destrukcyjnej rywalizacji dwojga młodych artystów. Kiedyś pracowali razem i byli przyjaciółmi, jednak błąd jednego z nich doprowadził do tragedii i od tej pory motorem ich działania stała się zemsta i wyniszczająca walka o dominację. Tutaj również śledzimy kolejne intrygi, zachwycamy się kunsztem iluzjonistów oraz poznajemy ich zawodowe tajemnice, oparte na przemyślnie działających urządzeniach. Prezentowane sztuczki nie mają nic wspólnego z magią, o czym przekonują nas sami iluzjoniści, którzy z łatwością rozgryzają kolejne "czarodziejskie" techniki. W tym kontekście rażące wydało mi się wprowadzenie pod koniec filmu prawdziwie fantastycznego elementu. Początkowo zabieg ten mnie zirytował i rozczarował, jednak później zrozumiałam, że bez niego nie udałoby się tak wyraźnie pokazać, jak zabójcze mogą być konsekwencje poddania się obsesji. I myślę sobie, że właśnie o tym przede wszystkim opowiada Prestiż - o upadku moralnym człowieka, który przekraczając wszelkie granice zatraca się w swoim szaleństwie, w swojej obsesji i płaci za to ogromną cenę. Christopher Nolan zakończył swój film w sposób dający szerokie pole do własnych refleksji i interpretacji. Naprawdę trudno jest go obejrzeć i nie pogrążyć się w zadumie. Nad tym, dlaczego jesteśmy tak bardzo podatni na iluzje i jaki to ma wpływ na nasze życie. Dlaczego czasami nasze iluzje wydają nam się prawdziwsze niż rzeczywistość? Dlaczego nie potrafimy tego odróżnić? Czy patrzysz uważnie? To pytanie wielokrotnie pada z ust bohaterów i narratora filmu. Otóż nie. Nigdy nie patrzymy uważnie. Za dużo jest rzeczy, które bezustannie odwracają naszą uwagę zmieniając i zniekształcając pole naszego widzenia. Ulegamy im, bo wydają się być atrakcyjne, niosą w sobie obietnicę, nadzieję na lepsze, ciekawsze, pełniejsze, a nawet wieczne, życie. Iluzje bywają motorem naszego działania, czasem nas niszcząc, wpędzając w obsesję, czasem uskrzydlając... Ale najlepsze jest to, że jeśli nawet czasem uda nam się dostrzec prawdę (lub ktoś nam ją pokaże), to i tak w nią nie uwierzymy. Bo okaże się być zbyt irytująca lub zbyt banalna, lub zbyt fantastyczna, lub zbyt nieprawdopodobna... Zresztą, co to w ogóle jest prawda? W świecie iluzji (a taki właśnie jest nasz świat) prawda zawsze ma dość relatywne znaczenie...
czwartek, 03 maja 2012
Zapętliłam się
Zapętliłam się i zafiksowałam. Nie waham się również użyć stwierdzenia, że ogarnęła mnie obsesja. No bo jak inaczej nazwać działania, podejmowane już chyba od czterech tygodni, z pasją, zaangażowaniem i upartą nadzieją, że tym razem wreszcie się uda, gdy tymczasem w rzeczywistości efekty są równie niezadowalające, jak za pierwszym razem? Pierwsze koty za płoty, pierwsze śliwki robaczywki, do trzech razy sztuka... Wiadomo, że na początku nie wszystko się udaje, że trzeba być wyrozumiałym wobec siebie i cierpliwym. Talent jest darem kapryśnym, dlatego to wytrwałość decyduje o sukcesie... Chcieć to móc... Bla, bla, bla... Dyrdymały! Bo gdy kolejne próby są równie czasochłonne, co nieskuteczne, to może warto byłoby porzucić nieefektywne przedsięwzięcie? Może trzeba by odpocząć, nabrać dystansu? Przeczytać książkę, obejrzeć film, zająć się czymś innym... Nie mogę tego zrobić! Im bardziej mi nie wychodzi, z tym większą zaciekłością próbuję znowu... Ale prawdę mówiąc zaczyna mnie to już do szału doprowadzać. Choć dostrzegam też zabawne aspekty tej sytuacji - dziergam i szydełkuję, szydełkuję i dziergam... a włóczki mi nie ubywa;). Moje hobby stało się bardzo oszczędne:) ... A skoro już wiadomo, czego dotyczy moja obsesja - żadna niespodzianka, bo czegóż innego mogłaby dotyczyć;) - przedstawiam źródło mojej frustracji, materiał, który od Świąt Wielkanocnych uparcie przerabiam oczko za oczkiem, by w parę dni później całą swoją pracę obrócić w niebyt - cholerna Sissy marki Elian:
Naprawdę fajna włóczka. Akryl, ale wygląda jak bawełna. Dość cienka, z lekko skręconymi kolorowymi nitkami. Aż się prosi, by przerobić ją w coś lekkiego i ażurowego. Na przykład w jakąś narzutkę w sam raz na chłodny wiosenny wieczór... Wiem, że można. Innym się udało. Na przykład Izuss1 wydziergała proste, a jakże praktyczne bolerko, zaś w albumie Bean znalazłam przepiękną szydełkową bluzkę. Także na stronie producenta marki Elian podejrzałam ciekawe propozycje... A mnie nie wychodzi! Robię według własnego planu. Założenia były banalne - prosto, szybko, falbankowo i powiewnie... Obiecałam sobie, że to już ostatnie podejście. Jeśli i tym razem wdzianko nie będzie takie, jak bym chciała, to przysięgam, że odeślę włóczkę w robótkowy niebyt. Zakopię na dnie najstarszego pudła, w najgłębszym zakamarku pawlacza. I nie zajrzę tam przez dekadę co najmniej! (I tak mam nadzieję, że do tego nie dojdzie... Chyba jednak jestem optymistką;)...)
niedziela, 22 kwietnia 2012
Zazdrostki
... prezent dla mojej przyjaciółki, zostały wykonane zgodnie z jej życzeniem w bieli. Podczas pracy miałam z tego powodu mieszane uczucia. Jakoś mi ta biel do koronek nie pasowała... Jednak po wypraniu, wykrochmaleniu i po całej reszcie koniecznych zabiegów, gdy na próbę zawiesiłam wykończone już zazdrostki na swoim oknie, uznałam, że wyglądają zaskakująco efektownie. Choć niewielkich rozmiarów, to rozjaśniły i rozświetliły mi kuchnio-jadalnię, jak nic innego wcześniej:) Podczas pstrykania zdjęć dał o sobie znać stary problem - niełatwo jest sfotografować firankę na tle jasnego okna... ... niespecjalnie widać, że zazdrostka rzeczywiście jest biała. Zwłaszcza, gdy próbowałam wyeksponować wzór na jednolitym tle nieba: Zazdrostki szydełkowałam wg opisu z tej gazetki (bawełna Maxi, szydełko 1,5 mm). Nieco inaczej wykonałam jedynie górę, bo bardziej od zapinania na żabki, wolę gdy firankę można przeciągnąć bezpośrednio przez drążek. Przy okazji chciałam się pochwalić, że podczas wykańczania robótki zastosowałam, jak dla mnie całkiem nowatorski, sposób napinania. Wcześniej, wypraną i odciśniętą rzecz naciągałam i dla zachowania odpowiedniej formy, gęsto przypinałam szpilkami. Im większa rzecz, tym całe przedsięwzięcie było trudniejsze. Tymczasem na blogu Intensywnie Kreatywnej wyczytałam, że do naciągania robótki używa ona długich cienkich prętów ze stali nierdzewnej. Zachwycona prostotą takiego rozwiązania, postanowiłam sprawić sobie podobny zestaw. Postanowić łatwo, zrealizować dużo trudniej. Co prawda w internecie znalazłam stosowną ofertę, ale ilość drutów w komplecie, a w związku z tym również ich cena, były dla mnie zupełnie nie do przyjęcia. I w tym miejscu pomysłowością wykazał się mój mąż, który stwierdził, że do swoich celów mogę przecież wykorzystać starą suszarkę łazienkową, a ściślej mówiąc jej emaliowane pręty, z których kilka i tak było już odłamanych. Pomysł sprawdził się idealnie. Reszta prętów została z łatwością wyłamana, a ich końcówki oszlifowane i zabezpieczone farbą olejną. Dzięki temu mam teraz do dyspozycji praktyczny zestaw do blokowania, który, prócz wciąż niezbędnych szpilek, zawiera jeszcze 6 drutów o długości 90 cm oraz 10 krótkich - 45 centymetrowych. A nawa suszarka kosztowała mnie niecałe 35 złotych:) A stara, po przeciągnięciu sznurków, wciąż może mi służyć do suszenia swetrów:) Same zalety:) A naciąganie na drutach wygląda tak: Gdy zdjęłam z drutów zazdrostki przyjaciółki, wyprałam i naciągnęłam swoje ubiegłoroczne firanki.... ... i dopiero teraz nabrały one właściwych rozmiarów i wyglądu:)
niedziela, 15 kwietnia 2012
Eksperymentalne skartepty
Już dawno miałam ochotę sprawić sobie szydełkowe skarpety. Wydawały mi się nie tylko prostsze, ale też i ciekawsze niż dziergane na drutach. Zaopatrzona w stosowne pomoce długo jednak odkładałam swoją pierwszą próbę. Pierwsze próby mają to do siebie, że rzadko bywają udane, a ponadto wymagają szczególnej uwagi i skupienia. Do pracy zmobilizowały mnie jednak zajęcia z pilatesu. A konkretnie fakt, że niektóre ćwiczenia zmuszona byłam wykonywać boso, bo skarpetki nie zapewniały odpowiedniej przyczepności na macie. I choć ogólnie czułam się rozgrzana, to stopy zwyczajnie mi marzły. Dzięki tym skarpetkom mam nadzieję zachować w stopach nieco więcej ciepła, bez utraty koniecznej przyczepności do podłoża:) Włóczka Elian Nicky, szydełko nr 3,5. Opis wykonania: Diana Robótki Extra 1/2012 - nieco zmodyfikowany. Praca była dość szybka i przyjemna. To z pewnością nie koniec mojej przygody z szydełkowymi skarpetkami:)
niedziela, 01 kwietnia 2012
W kolorze purpury
Żakiecik z okładki Sandry Nr 9/2010 spodobał mi się od pierwszego wejrzenia (nawiasem mówiąc, w tym numerze jest całe mnóstwo świetnych modeli, które wciąż czekają na swoją kolej), ale po pierwsze: odstraszał mnie wzór pętelkowy, którym wykończony jest dekolt i zarękawki (wcześniejsze próby wykonania tego wzoru bardzo dały mi w kość i zakończyły się całkowitym niepowodzeniem), po drugie zaś - jakoś nie trafiłam na odpowiednią dla niego włóczkę. Ostatnio jednak, przeglądając swoje włóczkowe zasoby natknęłam się na trzy motki Sary Opus, która w połączeniu z Guciem (również Opus) wydała mi się idealna do zrealizowania tego starego, ale przecież nie przestarzałego;) projektu. Do końca nie wiedziałam, czy poradzę sobie z pętelkami, ale uznałam, że jeśli nie, to najwyżej wymyślę coś innego. Tymczasem okazało się, że poszło jak z płatka - albo opis wykonania tym razem był bardziej czytelny, albo to u mnie w głowie wreszcie zaskoczyło, jak trzeba;) Moje wersja nieco różni się od oryginału, gdyż wykorzystana przeze mnie włóczka była jednak nieco cieńsza - musiałam zmodyfikować zarówno wzór perski, jak też liczbę oczek i rzędów (a bardzo nie lubię prób i przeliczania), ale ostatecznie uzyskałam bardzo podobny efekt:
Z reszty włóczki, z rozpędu, powstała jeszcze chusta z chwostami (przerabiana poprzecznie: zaczęłam od 5 oczek i w co drugim rzędzie, z jednej strony, najpierw dodawałam, a później odejmowałam po 1 oczku). Źródłem inspiracji był model z Damy w swetrze Nr 11-12/2011, ale ostatecznie prawie wszystko i tak zrobiłam po swojemu.
Ostatnie resztki włóczkowych resztek przerobiłam na bransoletkę, obrabiając szydełkiem drewnianą bazę. A w ogóle to pogada znów figluje - w ubiegły weekend dziergałam sobie na balkonie przy kawce, w krótkim rękawku, z bosymi stopami i okularami przeciwsłonecznymi na nosie, a dziś znów śnieg posypuje... A ja już rower oczyściłam... Wiosno wracaj!
Edit: Dodam jeszcze jedno większe zdjęcie, bo teraz jak patrzę na te zamieszczone, to jakieś strasznie małe mi się zdają:
środa, 21 marca 2012
Mój pierwszy banerek
Dostałam ostatnio zaskakujący e-mail. Otóż napisała do mnie Pani Aneta z zespołu Fundacji Kreacja Magia Rąk z propozycją wymiany banerowej. Oczywiście od razu się zgodziłam, bo stronę, którą współtworzy Pani Aneta (można podejrzeć tutaj, a aktualną tutaj) znam od dawna, a prace, które są tam prezentowane zawsze budzą we mnie ogromny podziw. Gdybym nie zobaczyła na własne oczy, to nigdy bym nie uwierzyła, że takie cuda można stworzyć z banalnej makulatury, a konkretnie z gazetowych rurek zwanych papierową wikliną. Sama jakiś czas temu próbowałam się papierową wikliną bawić (pisałam o tym tutaj), ale moja twórczość to taka sobie amatorszczyzna. Dużo mi jeszcze brakuje, by dojść do wprawy - by rurki i sploty równo się układały. Nie znam też technik, szczególnie wykańczania. Mam nadzieję, że kiedyś nadarzy się okazja, by się tego nauczyć. Banerki od Pani Anety są już na moim blogu, co zmobilizowało mnie do wykonania własnego. Może to i prosta rzecz, i nie ma się czym chwalić, ale... Myślę sobie, że wszystkie "pierwsze rzeczy" są szczególne i warte odnotowania:).
<a href="http://ideasbyrenya.blox.pl/html"><img src=" http://ideasbyrenya.blox.pl/resource/blog.002.JPG"</a>
niedziela, 11 marca 2012
Szydełkowe krajki
W tym miejscu stała zmywarka. Zepsuła się już dawno temu i czas był już, by coś z nią zrobić. Wyjścia były trzy: próbować naprawić, wymienić na nową, lub pozbyć się urządzenia w ogóle, a odzyskane miejsce zagospodarować. Wybraliśmy trzecie wyjście. Z zalegających w garażu różnych resztek materiałowych mąż skomponował najprostszą szafkę, a ponieważ nie chciałam, żeby półki były tak całkiem otwarte (nie mieliśmy na "składzie" odpowiedniego frontu), udekorowałam je własnoręcznie wykonanymi krajkami: To moje pierwsze krajki, ale praca nad nimi była bardzo przyjemna i bezproblemowa. Teraz bezustannie zastanawiam się co jeszcze można taką krajką udekorować. Coraz bardziej podobają mi się takie szydełkowe koronki:) A tak nowa szafka komponuje się z resztą: Dziergałam szydełkiem 1,5 mm, bawełną Maxi. Oba wzory pochodzą z tej książki:
niedziela, 04 marca 2012
W Zielonej mili
... John Coffey wypowiada takie słowa: Jestem zmęczony. Zmęczony wędrówką samotnie, jak jaskółka w deszczu. I tym, że nigdy nie miałem przyjaciela, żeby mi powiedział skąd, gdzie i dlaczego idziemy. Głównie jestem zmęczony tym, jacy są ludzie dla siebie. Zmęczony jestem tym cierpieniem, które czuję i słyszę codziennie. Za dużo tego. Te słowa w dużej mierze opisują również i moje uczucia w ostatnim czasie. Gdzieś pomiędzy żalami nie do utulenia, tęsknotami nie do spełnienia i krzywdami nie do naprawienia, bez nadziei na poprawę, zawieruszyło mi się gdzieś poczucie sensu większości moich działań. W tym także moje uczestnictwo w blogosferze. Przynajmniej w takiej formie, jak to tej pory... Nie wiem... może sens się odnajdzie. Ten stary. A może pojawi się całkiem nowy... Tymczasem ograniczę się jedynie do obrazków swoich robótek od czasu do czasu. W niezależnym ode mnie otoczeniu oraz pośród nieprzewidywalnych i zawodnych ludzi, jedynie praca z szydełkiem, drutami i innymi narzędziami daje mi poczucie spełnienia i bezwzględnej satysfakcji. Natomiast osobiste refleksje na różne tematy zostawię dla siebie, bo nie mam weny, ale szczególnie nie mam już siły, ani pasji, by próbować ubierać je w słowa. Prawdę mówiąc, to nawet nie chcę ich w żadne słowa ubierać. Nie chcę nikogo zarażać swoim defetyzmem i mizantropią. Dotychczasowym czytelnikom i zaprzyjaźnionym blogerkom dziękuję za ich obecność i miłe słowa, które zawsze miały dla mnie ogromne znaczenie. Wszystkich, którzy lubili moją stronę taką, jaka była, przepraszam za zmiany i proszę o wyrozumiałość. Trzymajcie za mnie kciuki. Mam nadzieję, że jeszcze wrócę w starej formie. A może w nowej, lepszej? Pozdrawiam wszystkich z samego dna swojego dołka, w którym bardzo staram się już nie kopać, ale ciągle znajduję nowe i nowe łopaty...
niedziela, 19 lutego 2012
Zimowo na wesoło
Po wężowych szalikach dla brata i bratanków oraz po dwóch zimowych zestawach dla męża, wpadłam najwyraźniej w jakąś manię. Ale mania bardzo pożyteczna, bo zimę mamy mroźną (choć dziś jakby trochę mniej), śnieżną, a nawet wietrzną... Więc zimowych zestawów nigdy dość:) Córce też wydziergałam. Do szalika i czapki wykorzystałam Elian Klasik po jednym motku z każdego koloru, przerabiałam drutami nr 4 ściegiem gładkim prawym.
Szal dziergałam zgodnie z opisem z Wydania Specjalnego Sabriny, w okrążeniach na pięciu drutach. Czapkę zresztą tak samo, ale już według własnego pomysłu. Ściągacz - przerabiany ściegiem ryżowym - jest wywijany, a czubek zdobi tradycyjna antenka:)
Na swoją czapkę i golfik wykorzystałam całkiem spory zapas resztek. Przerabiałam ściegiem francuskim po trzy rzędy każdym kolorem. Na końcu dorobiłam sznureczek (z trzech oczek), przeplotłam go przez oczka brzegowe i zawiązałam pętelkę. Przedni brzeg obrobiłam trzema rzędami ściegiem gładkim lewym (ładnie się podwija).
Golfik to krótki szalik przerabiany ściegiem ryżowym i zszyty w kółko.
Dla córki zrobiłam też ciepłą, grubą czapę w warkocze (równie dobrze komponuje się z pasiastym szalikiem). Podwójna nitka Elian klasik (poszedł cały motek) plus nitka Gucia (Opus). Przerabiałam drutami nr 5.
A jak już byłam w temacie czapek, to poprawiłam swoją, która na blogu wystąpiła już tutaj. W gazecie było napisane, żeby czapkę związać sznureczkiem wydzierganym z czterech oczek. Jak zalecano, tak zrobiłam, ale prawdę mówiąc, wyglądało to i nosiło się średnio.
Czub był dość sztywny i niewygodny. Konieczna była poprawka. Po pierwsze: sprułam sznureczek i przerobiłam go ponownie - tym razem na trzy oczka. Po drugie: przeplotłam go pomiędzy oczkami (z trzech oczek był na tyle cienki, ze zmieścił się swobodnie). Po trzecie: brzeg zamiast oczkami ścisłymi obrobiłam łańcuszkową koronką.
Dopiero po tych zabiegach wszystko ładnie się układa i czapka nadaje się do noszenia. A do kompletu szal publikowany już w tym wpisie.
A po całej pracy pozostała już tylko sesja zdjęciowa, która odbyła się w zimowej, lecz jednocześnie ciepłej i wesołej atmosferze rodzinnej:) |